Wojciech Balczun: Local Content już dziś stał się tematem rozmów w biznesie

Możliwość komentowania Wojciech Balczun: Local Content już dziś stał się tematem rozmów w biznesie została wyłączona Aktualności

Z Ministrem Aktywów Państwowych Wojciechem Balczunem, rozmawia Marcin Prynda

Wojciech Balczun, Minister Aktywów Państwowych fot. mat. prasowe
Wojciech Balczun, Minister Aktywów Państwowych fot. mat. prasowe

Panie Ministrze, podczas tegorocznego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach padły mocne słowa o tym, że budowa krajowego łańcucha dostaw to fundament suwerenności. Przez dekady uczono nas, że kapitał nie ma narodowości, a liczy się wyłącznie efektywność kosztowa. Co było tym ostatecznym „momentem przebudzenia”, który sprawił, że dziś to właśnie „wkład krajowy” staje się priorytetem Ministerstwa Aktywów Państwowych?

Tym momentem przebudzenia była brutalna lekcja ostatnich lat. Kryzysy geopolityczne, pandemia, zerwane łańcuchy
dostaw – to wszystko pokazało, że świat, w którym kapitał rzekomo „nie ma narodowości”, po prostu nie istnieje. Każde państwo, które myśli poważnie o swojej gospodarce, stosuje mechanizmy wspierające własne firmy. My przeprowadziliśmy bardzo dokładną analizę miękkich regulacji i okazało się, że także w UE prawie wszyscy to robią.
Po drugie, nabraliśmy doświadczenia i bardzo urośliśmy gospodarczo. Jesteśmy 20. gospodarką świata, mamy olbrzymi program inwestycyjny m.in. w energetyce. Mamy bilion złotych do zainwestowania i one w jak największym stopniu mają budować polską gospodarkę. Dlatego zaczęliśmy budować nową architekturę myślenia o gospodarce. Chcemy dokonać przemiany mentalnej. Jeśli dziś zapytać Francuza, czy wybierze produkt francuski czy zagraniczny, odpowie bez wahania: francuski, bo rozumie czym jest patriotyzm gospodarczy. W Polsce musimy się tego nauczyć. I to właśnie stało się impulsem do tego, by local content stał się jednym z fundamentów polityki państwa.

W marcu 2026 roku Rada Ministrów przyjęła Nową Politykę Zakupową Państwa na lata 2026-2029. Często słyszymy od instytucji, że „chcieliby rodzime przedsiębiorstwo, ale prawo im nie pozwala”, bo wciąż wygrywa najtańsza oferta, również z Azji czy innych regionów. Jakie konkretne bezpieczniki wprowadziliście Państwo do systemu, by urzędnik nie bał się wybrać polskiej firmy, nawet jeśli jej oferta na starcie wydaje się nieco droższa?

Po pierwsze – staramy się odkłamać dominację kryterium ceny w przetargach. Oczywiście, cena jest istotna, bo nie chodzi o to, że teraz „local content” ma zwiększać koszty dla firm, ale chodzi przede wszystkim o to, że ta cena powinna być tylko częścią specyfikacji istotnych warunków zamówienia. Powinniśmy mówić nie o najniższej cenie, tylko o najkorzystniejszej ofercie. Jeżeli ta najkorzystniejsza oferta będzie uwzględniała to, że dana firma płaci w Polsce podatki, zatrudnia polskich pracowników, ma w Polsce swoją siedzibę, czyli te wszystkie wagi, które składają się na definicję „local content”, to już będzie przełom.
Po drugie, chcemy wprowadzić też twardsze narzędzia dotyczące local content. Zarządy spółek Skarbu Państwa będą miały KPI (kluczowe wskaźniki efektywności) dotyczące udziału krajowych firm w ich łańcuchach dostaw. To zmienia logikę całego systemu.
Po trzecie, powołujemy w spółkach specjalnych pełnomocników ds. local content. GUS będzie mierzyć komponent krajowy w gospodarce. To jest budowanie nowej architektury. Zmiana sposobu myślenia.

Pilotaż strategii rusza w energetyce. Dane z PGE czy Orlenu pokazują, że w dystrybucji radzimy sobie świetnie (nawet 85-95% udziału krajowego), ale w wielkich projektach, jak Baltica 2, ten wskaźnik oscyluje wokół 25-30%. Co musi się stać, by polskie firmy przestały być tylko podwykonawcami od „betonu i kabli”, a stały się dostawcami kluczowych technologii dla polskiego atomu i wiatru?

Najważniejsze jest to, by polskie firmy mogły zdobywać doświadczenie, którego dziś często im brakuje. W energetyce dystrybucyjnej radzimy sobie świetnie, ale w wielkich projektach, jak Baltica 2, udział local content spada nawet do kilkunastu procent, bo mówimy o technologiach, których w Polsce po prostu jeszcze nie wytwarzamy. Co musi się zmienić?
Musimy stworzyć warunki do budowania kompetencji, tak jak robią to Francuzi czy Włosi – dzieląc duże zamówienia na etapy, by lokalne firmy mogły wejść do gry. Potrzebujemy infrastruktury certyfikacyjnej, np. toru testowego dla kolei dużych prędkości. To samo dotyczy energetyki – bez miejsc do testowania i certyfikacji nie zbudujemy własnych technologii.

Musimy odczarować kryterium doświadczenia, które przez lata blokowało polskie firmy. Local content ma wywierać presję na system, by dawać szansę na „pierwszy raz”. Musimy wspierać polskie firmy w procesach dopasowania produktów do zamawiającego, tak jak w przypadku Apatora, który wygrał m.in. z azjatycką konkurencją dzięki lepszemu zrozumieniu potrzeb Enei. Jeśli stworzymy te warunki, polskie firmy przestaną być podwykonawcami od „betonu i kabli”, a zaczną dostarczać technologie.

Podkreślił Pan, że docelowo „local content” ma funkcjonować w całej gospodarce, nie tylko w spółkach kontrolowanych przez resort. Jakimi narzędziami – poza legislacją w zamówieniach publicznych – chce Pan przekonać prywatnego dewelopera czy inwestora, by dobrowolnie szukał komponentów nad Wisłą, zamiast korzystać ze sprawdzonych, globalnych łańcuchów dostaw?

Poza legislacją kluczowe są trzy narzędzia. Po pierwsze, presja rynkowa i społeczna. Local content już dziś stał się tematem rozmów w biznesie. Zarządy spółek same chwalą się poziomem krajowego wkładu.
To działa jak miękka presja – nikt nie chce być tym, który „kupuje wszystko za granicą”. Wiadomo, że ta zmiana nie zadzieje się od razu. To jest proces na lata, może nawet na dekady.
Po drugie, standaryzacja i dobre praktyki. Kodeksy dobrych praktyk, które stworzyliśmy dla spółek Skarbu Państwa, będą dostępne również dla sektora prywatnego. To narzędzie, które pozwala inwestorom działać zgodnie z najlepszymi standardami.
Po trzecie – przewidywalność państwa. Jeśli państwo jasno komunikuje, że wspiera krajowe firmy, to prywatny inwestor wie, że buduje relacje z partnerami, którzy będą stabilni i konkurencyjni. To nie jest przymus – to budowanie kultury gospodarczej.

Wiceprezes Agencji Rozwoju Przemysłu przyznała otwarcie: wdrożenie tej idei może być początkowo bardziej kosztowne. W dobie walki z inflacją i presji na budżet, jak zamierza Pan bronić koncepcji „local content” przed zarzutem, że sztucznie podrażamy strategiczne inwestycje? Czy mamy wyliczenia, kiedy ten „droższy” polski produkt zacznie zarabiać na siebie poprzez wyższe wpływy z podatków i wzrost PKB?

Musimy traktować to jako inwestycję, która zwraca się wielokrotnie – wybierać oferty najkorzystniejsze. Dlaczego? Pieniądze zostają w kraju – wracają w postaci podatków, wynagrodzeń, inwestycji w rozwój.
Budujemy kompetencje, które pozwalają polskim firmom konkurować globalnie. Zmniejszamy ryzyka geopolityczne – a te potrafią kosztować miliardy.
Mamy już przykłady, że to działa. Apator wygrał przetarg nie dlatego, że był najtańszy, ale dlatego, że jego produkt był najlepiej dopasowany. To pokazuje, że polskie firmy potrafią konkurować jakością. Local content nie jest kosztem – jest inwestycją w przyszły wzrost PKB.

Prezes Orlenu wspomniał, że doświadczenie zdobyte w Polsce ma być dla rodzimych firm trampoliną za granicę. Czy Ministerstwo Aktywów Państwowych ma plan, jak aktywnie wspierać te firmy, gdy już „nasycą się” zamówieniami krajowymi? Czy nie boi się Pan, że stworzymy cieplarniane warunki, w których polskie firmy przestaną być konkurencyjne na otwartym, bezlitosnym rynku globalnym?

Nie, bo local content nie polega na tym, by kogokolwiek sztucznie chronić. Mamy dać polskim firmom równe szanse, których przez lata nie miały. Kiedy te szanse wykorzystają – mają iść dalej. Prezes Orlenu słusznie powiedział, że doświadczenie zdobyte w Polsce ma być trampoliną do ekspansji za granicę. I my to wspieramy.
MAP pracuje nad programami ekspansji zagranicznej, wsparciem certyfikacyjnym, ułatwieniami w dostępie do finansowania, budowaniem marki polskich technologii.

Panel, który Pan otwierał na Kongresie w Katowicach, nosił tytuł „Polska w G-20”. Ambicje są ogromne, ale świat patrzy na ręce. Czy silne promowanie „local content” nie narazi nas na konflikty wewnątrz UE lub zarzuty o protekcjonizm na forum WTO? Jak budować polską potęgę przemysłową, by nie zamknąć sobie drzwi do rynków, na których to my chcemy być kiedyś tym „zagranicznym dostawcą”?

Francuzi, Włosi, Hiszpanie – wszyscy promują swoje firmy w granicach unijnego prawa. My zaczynamy robić to samo.
Sztywnych przepisów promujących wyłącznie polskie podmioty wprowadzić nie możemy i nie chcemy, bo zabrania nam tego unijne prawo. Ale możemy stworzyć miękką presję na system, żeby się zmienił. Local content nie jest protekcjonizmem. Mówimy głośno, że czas naiwności się skończył. Powinniśmy świadomie budować nasz system gospodarczy, który przede wszystkim ma uwzględniać polskie interesy. Nie zamykamy się na świat – przeciwnie. Chcemy być silnym graczem, który potrafi konkurować na rynkach globalnych. Żeby tam wejść, musimy najpierw zbudować własną potęgę przemysłową: to jest właśnie cel programu local content.