Z Maciejem Wyczesany, prezesem zarządu Apator SA, rozmawia Radosław Nosek

Rząd zapowiada bezprecedensowy program modernizacji polskiej energetyki. Nakłady inwestycyjne mają być najwyższe od dekad. Czy ten wielki strumień pieniędzy rzeczywiście zbuduje wartość dodaną w Polsce – nowe miejsca pracy, innowacje, polską własność intelektualną? Ile z tych miliardów zostanie w kraju, a ile wypłynie za granicę?
Krótka odpowiedź brzmi: to zależy. Sam program jest absolutnie konieczny i bezprecedensowy. Koszty energii dla polskich przedsiębiorstw są ogromnym obciążeniem, co drastycznie uderza w ich globalną konkurencyjność. Raport Mario Draghi’ego sprzed dwóch lat jasno wskazywał na konieczność industrializacji Europy i zwiększenia nakładów na moce wytwórcze do poziomu 5-8% PKB, abyśmy w ogóle mogli konkurować z Chinami czy USA.
W Polsce transformacja jest tym pilniejsza, że struktura sieci diametralnie się zmienia. Mamy ponad 2 miliony rozproszonych prosumentów, za chwilę dojdzie offshore. Weekendowe wyłączenia zielonej energii pokazują, że sieć nie radzi sobie z nadmiarem prądu. Potrzebujemy dwóch rzeczy: fizycznej infrastruktury w postaci kabli, słupów i transformatorów, ale też potężnej digitalizacji, automatyzacji i oprogramowania do aktywnego sterowania tym systemem.
A ile z tych pieniędzy zostanie w kraju? W przeważającej większości tę transformację mogłyby obsłużyć polskie firmy. Jednak każda złotówka wydana na technologie zagraniczne – czy to z pożyczek, czy z budżetu – to złotówka bezpowrotnie stracona dla naszej gospodarki. Stracona ekonomicznie i technologicznie. Badania nad inwestycjami w infrastrukturę krytyczną jasno pokazują, że 1 zł zainwestowany w lokalne firmy generuje od 1,60 zł do 1,80 zł zwrotu do budżetu i buduje siłę ekonomiczną państwa. To, ile zostanie w Polsce, zależy wyłącznie od decyzji politycznych.
Ministerstwo Aktywów Państwowych podjęło kroki w celu promowania krajowych dostawców i tzw. local content. To nie wystarcza?
To, że w ogóle zaczęliśmy głośno i poważnie mówić o tym, że kapitał ma narodowość, a inwestycje publiczne powinny w pierwszej kolejności wzmacniać polską gospodarkę, to doskonały krok. Taka dyskusja ma miejsce pierwszy raz od dziesięcioleci. Niestety, na ten moment to jedynie rekomendacje i zalecenia. W żaden sposób nie są one „egzekwowalne” rynkowo. Nie mają przełożenia na Prawo zamówień publicznych (PZP).
W przetargach publicznych wciąż niepodzielnie króluje kryterium najniższej ceny. A w zderzeniu cenowym z firmami chińskimi, które są bezpośrednio subwencjonowane przez tamtejszy rząd w celu eliminacji europejskiej konkurencji, żaden podmiot z Europy nie ma szans. Co gorsza, spółki Skarbu Państwa, które przez lata korzystały na tanim chińskim imporcie, robią dziś wiele pozorowanych ruchów, by zachować to wygodne dla siebie status quo. Chwalą się stuprocentowym local contentem, bo zakupiły w kraju kable i słupy, ale całą zaawansowaną elektronikę i systemy sterowania sprowadzają z Azji.
Jak to możliwe, skoro mówimy o infrastrukturze krytycznej państwa? Jak się to ma do kwestii bezpieczeństwa?
To jest największy paradoks. W polskim prawie zamówień publicznych i w wytycznych przetargowych nie ma w zasadzie żadnych twardych wymogów dotyczących cyberbezpieczeństwa w infrastrukturze krytycznej. Nie weryfikuje się realnego łańcucha dostaw, pochodzenia kodu źródłowego, software’u czy firmware’u.
Dziś na rynku dochodzi do masowego „wybielania” chińskich technologii. Zakłada się w Europie małe spółki celowe z minimalnym kapitałem zakładowym, które pełnią rolę pośredników. Jedynym ich zadaniem jest naklejenie nalepki ze znakiem „CE” i zgłoszenie się do wielomilionowego przetargu. I takie podmioty wygrywają, bo mają najtańszą ofertę. Zarządy spółek zamawiających zasłaniają się Kodeksem spółek handlowych i dbałością o wynik finansowy – wybierają najtańszą ofertę, bo tak jest im najwygodniej, skoro prawo nie nakłada na nich innych obowiązków. Przy kryterium ceny na poziomie 95-100% nie da się zbudować spójnego systemu odporności cybernetycznej państwa. Podstawą cyberbezpieczeństwa jest kontrola i transparentność technologii. Ten, kto kontroluje technologię, ten kontroluje infrastrukturę. Jeśli oddamy tę kontrolę, staniemy się jedynie bezwolnym rynkiem zbytu dla dostawców, którzy mogą mieć zupełnie inną agendę geopolityczną niż my.
Przeciętny obywatel może zapytać: co ma wspólnego mój domowy licznik prądu z bezpieczeństwem narodowym?
W świadomości społecznej to niemal nie istnieje, ale licznik energii to dziś zaawansowany komputer i pełnoprawny element infrastruktury krytycznej. Wyposażony jest w moduł komunikacyjny, gromadzi ogromne ilości wrażliwych danych o profilu zużycia energii i – co kluczowe – ma wbudowane styczniki pozwalające na zdalne odłączenie klienta od sieci.
Jeśli pomnożymy to przez miliony urządzeń w skali kraju – liczniki, inwertery, sterowniki, automatykę sieciową – otrzymujemy gigantyczny organizm. Masowe, celowe zakłócenie działania tych urządzeń przez zewnętrznego aktora geopolitycznego to przepis na natychmiastowy blackout. Hiszpania już się przekonała, jak bolesne mogą być takie awarie. Nie chcę rozwijać kasandrycznych wizji, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej musimy twardo stąpać po ziemi.

Na ile w takim razie Grupa Apator jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, że Europa przestaje być twórcą technologii, a staje się jedynie jej integratorem?
Jesteśmy jednym z ostatnich bastionów. Apator to prawdopodobnie ostatni producent liczników w Europie, który cały proces – od czystej kartki w dziale R&D, przez projektowanie oprogramowania, aż po końcowy montaż – realizuje w 100% w Polsce. Łączymy rolę producenta, integratora i wykonawcy systemów. Oprócz urządzeń tworzymy zaawansowane systemy nadrzędne, oprogramowanie SCADA czy systemy EMS do zarządzania magazynami energii, współpracujące z Towarową Giełdą Energii.
Utrzymanie tej pozycji przy nieuczciwej konkurencji cenowej z Azji to codzienna, niezwykle trudna walka. Udaje nam się to, ale jeśli państwo nie zacznie prowadzić świadomej polityki zakupowej ukierunkowanej na ochronę własnego rynku, te kompetencje w końcu znikną.
Gdzie w takim razie kończy się wolny rynek, a zaczyna polska racja stanu?
Wolny rynek powinien funkcjonować w oparciu o jasne, przejrzyste i równe dla wszystkich zasady. Ale w przypadku infrastruktury krytycznej państwa, racja stanu musi stać ponad ślepą ekonomią najniższej ceny. Podniosą się głosy, że to podbije taryfy za energię. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: tę transformację i tak finansuje polskie społeczeństwo w swoich podatkach i rachunkach. Czy chcemy te miliardy transferować za granicę, a na koniec obudzić się w sytuacji, gdy systemem steruje ktoś z zewnątrz? Społeczeństwo wystawi nam za to rachunek w momencie kryzysu.
Musimy też zrozumieć, że model gospodarczy oparty na taniej sile roboczej w Polsce bezpowrotnie się wyczerpał. Jesteśmy w momencie zwrotnym. Albo umiejętnie przetransformujemy nasze kompetencje w stronę zaawansowanej inżynierii i innowacji, albo zostaniemy trwale zepchnięci na pozycję podwykonawcy. Utrata kompetencji przemysłowych i kadrowych jest w krótkim terminie nie do odzyskania. Mamy dziś ogromną dziurę pokoleniową wśród inżynierów i techników. Jeśli nie damy młodym ludziom przestrzeni do pracy przy wielkich projektach w kraju, ten drenaż mózgów nas dobije. Padliśmy ofiarą własnej naiwności z lat 90., kiedy wierzyliśmy w utopijne hasła, że kapitał nie ma narodowości, a każdy będzie menedżerem. Zapomniano, że fundamentem silnej gospodarki jest realna zdolność do wytwarzania wartości na miejscu.
Gdyby to Pan odpowiadał za projektowanie polityki przemysłowej dla sektora pomiarowego i automatyki sieciowej w Polsce, jakie dwa kluczowe elementy wprowadziłby Pan w pierwszej kolejności?
Po pierwsze, uspójnienie podejścia do rozwiązywania problemów sieciowych. Obecnie każdy Operator Systemu Dystrybucyjnego (OSD) tworzy własne, rozproszone standardy i wyzwania. Potrzebujemy jednolitej strategii cyfryzacji i bilansowania sieci, uwzględniającej specyfikę geograficzną kraju – na przykład fakt, że najwięcej zielonej energii produkujemy na północy, a najwięcej przemysłu konsumującego tę energię mamy na południu.
Po drugie, i najważniejsze: bezwzględny obowiązek stosowania kryteriów pozacenowych związanych z transparentnością technologii. Wprowadziłbym rygorystyczne, prawne definicje pochodzenia technologii i cyberbezpieczeństwa. Zamawiający musiałby mieć obowiązek pełnej weryfikacji dostawcy. Premiowane i promowane powinny być rozwiązania, które powstają lokalnie i nad którymi polskie firmy oraz państwo mają stuprocentową, długoterminową kontrolę. To jedyna droga do zapewnienia ciągłości dostaw, bezpieczeństwa narodowego i stabilnego wzrostu gospodarczego.






