Dominika Jordan – kobieta, która z pasji stworzyła markę z sercem


Dominika Jordan to właścicielka marki i lokalu Jordaszka – miejsca, które od lat łączy ludzi, naturę i wartości. Wraz z mężem od blisko dwóch dekad prowadzi firmę rodzinną, opartą na jakości i świadomym stylu życia. Ich misją jest pokazywanie, że zdrowe jedzenie, lokalność i dbałość o relacje mogą iść w parze z nowoczesnym podejściem do biznesu.
Dominika nie tylko tworzy produkty zdrowej żywności, ale także stoi za organizacją wyjątkowych wydarzeń oraz lokalnych inicjatyw, które budują społeczność i wzmacniają współpracę w regionie. Prowadzi duży lokal eventowy, współtworzy projekty kulturalne i społeczne, a przy tym promuje naturalne metody dbania o zdrowie, balans i życie blisko natury.
Wszystko, co robi, opiera na autentyczności, kobiecej energii i ogromnym zaangażowaniu. Dla wielu kobiet jest przykładem, że można prowadzić firmę z sercem, działać w zgodzie ze swoimi wartościami i nie zatracić równowagi między życiem a pasją.
W szczerej rozmowie z dr Sylwią Gatnar otwarcie dzieli się swoją drogą – opowiada o balansie między biznesem a życiem prywatnym, o łączeniu strategii z intuicją oraz o tym, jak budować markę i życie w zgodzie ze sobą, wartościami i własną wrażliwością.
Dominiko, wiele osób widzi dziś Twój sukces, ale wiemy, że sukces ma często różne oblicza – stres, radość, złość, bezsilność czy dumę. Na początku często nie zdajemy sobie sprawy, co nas czeka… potem siedzimy w biznesie po uszy i zastanawiamy się jak to w ogóle się zaczęło…no właśnie jak to było u Ciebie? Pamiętasz swoje pierwsze kroki w biznesie, które doprowadziły Cię do miejsca, w którym jesteś dziś?-
Nie pochodzę z rodziny biznesowej – mama była nauczycielką, tata górnikiem-elektrykiem, a przedsiębiorczość przez długi czas była dla mnie czymś zupełnie nowym. Najpierw studiowałam, pracowałam w urzędzie i z boku przyglądałam się, jak mój mąż rozwija swój biznes. Wszystko działo się równolegle, trochę spontanicznie, bez wielkiego planu. Z czasem zaczęłam coraz bardziej wchodzić w ten świat – najpierw pomagając, potem biorąc na siebie coraz więcej. Uczyłam się w biegu, czasami na własnych błędach. Uważam, że kompetencja samodzielnego uczenia będzie jedną z najważniejszych w dzisiejszym świecie.
To nie był jeden moment decyzji, tylko proces – krok po kroku, dzień po dniu, aż w pewnym momencie zrozumiałam, że biznes stałym się naszym wspólnym działaniem – moim i męża. Wiara mojego męża we mnie i jego wsparcie dodawało mi wiele odwagi i pozwoliło mi uwierzyć w siebie. To dzięki Niemu mogłam się rozwijać. Dziękuję również wielu innym panom przedsiębiorcom mojego pokolenia, którzy wspierają i szanują kobiety.
Ogromnym wsparciem dla mnie są i zawsze byli moi rodzice, którzy pomagają nam w opiece nad dziećmi. Kiedy je odbieramy, niemal zawsze czeka na nas ciepły obiad, kawa i coś słodkiego – taki moment zatrzymania w ciągu dnia. Na początku nie chciałam dodatkowo ich obciążać. Wtedy moja mama powiedziała coś, co bardzo we mnie zostało – że ta kawa i obiad to będzie nasza jedyna spokojna godzina w ciągu dnia. I rzeczywiście tak jest.
Kiedy moje dzieci były zaopiekowane ja razem z Mężem mogłam spokojnie pracować. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez naszej firmy Jordaszki. To nie jest dla mnie tylko marka – to część mojej tożsamości, coś, co współtworzyłam, co mnie ukształtowało i z czym jestem głęboko związana. I choć ta droga miała w sobie wszystko – stres, zwątpienie, zmęczenie, ale też ogromną dumę i satysfakcję – wiem, że przeszłabym ją jeszcze raz. Bo właśnie ona doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dziś.
Budowanie marki to złożony, wielowymiarowy proces – pełen decyzji, które zostają z nami na lata. Jedną z najważniejszych jest nazwa – trochę jak tatuaż: zostaje na całe życie, niesie znaczenie, emocje i historię. Skąd więc wzięła się nazwa „Jordaszka”?
To prawda – nazwa w biznesie jest bardzo ważna i zostaje z nami na długi czas, dlatego jej wybór wcale nie jest prosty. Na początku nasza firma nazywała się „Dom Gościnny Jordan”. Jednak wraz z rozwojem działalności zaczęliśmy wprowadzaliśmy nowe usługi, produkty i w pewnym momencie poczuliśmy, że ta nazwa przestaje obejmować wszystko, czym się zajmujemy. Szukaliśmy czegoś krótszego, bardziej uniwersalnego, ale jednocześnie ciepłego i bliskiego ludziom. Rozmawialiśmy z wieloma osobami – ze znajomymi, z przedsiębiorcami, pytaliśmy nawet nasze dzieci. Pamiętam moment, kiedy jeden z przedsiębiorców powiedział: „Kiedy słyszę ‘Jordaszka’, widzę domek w górach, kominek, ciepło i spokój.” I wtedy pomyślałam: to jest dokładnie to uczucie, które chcemy dawać ludziom. Tak powstała Jordaszka – nazwa, która z jednej strony nawiązuje do naszego nazwiska i historii firmy, a z drugiej nadaje jej nowy charakter. Bardziej miękki, ciepły, trochę kobiecy. Zresztą śmiejemy się z mężem, że w naszym zespole dominują kobiety, więc ten kobiecy pierwiastek w marce jest zupełnie naturalny.
To wyraźnie widać i czuć w tej marce – jest spójna, świadomie zbudowana i konsekwentnie prowadzona. Każdy jej element wydaje się przemyślany, a jednocześnie autentyczny, co dziś stanowi ogromną wartość i wyróżnik Jordaszki.
Masz rację, u nas naprawdę nic nie jest przypadkowe. Każda decyzja – od kolorów, przez materiały, po najmniejszy detal – jest przemyślana i ma swoje miejsce w większej całości. Zawsze myślę długofalowo, bo zależy mi na tym, żeby to, co tworzymy, było ponadczasowe, ale jednocześnie ciepłe i bliskie ludziom. Bardzo mocno wierzę w to, że marka to doświadczenie – coś, co się czuje, a nie tylko widzi. Dlatego tak ważna jest dla mnie spójność i autentyczność. Chcę, żeby nasi goście czuli się u nas swobodnie, trochę jak u siebie w domu – bez względu na to, czy przychodzą na wesele, spotkanie biznesowe czy po prostu na chwilę odpoczynku. I chyba właśnie dlatego, kiedy po czasie zobaczyłam, że nasza marka wpisuje się w archetyp „Swojaka” i „Kochanka”, poczułam, że to jest dokładnie to, co od początku nosiłam w sobie. Bliskość, ciepło, ale też emocje i piękno przeżywania. To nie była strategia na papierze – to było moje wewnętrzne przekonanie, które po prostu znalazło swój wyraz w Jordaszce.
Wiem, że bardzo aktywnie działasz w środowiskach przedsiębiorczych – jesteś zaangażowana w inicjatywy Klubu Przedsiębiorczości i konsekwentnie promujesz postawy przedsiębiorcze wśród lokalnej społeczności. To ważny i odpowiedzialny obszar działalności. Co motywuje Cię do tej aktywności i jaką rolę widzisz dziś w budowaniu przedsiębiorczości na poziomie lokalnym i globalnym?
Wierzę w siłę zespołu – zarówno w firmie, jak i poza nią. Głęboko czuję, że przedsiębiorcy powinni się wspierać, dzielić doświadczeniem i budować relacje oparte na zaufaniu. Stąd też bardzo bliskie jest mi hasło, które pojawiło się u nas naturalnie: „W lokalności siła”. I widzę, że ono naprawdę zaczyna żyć – rodzą się inicjatywy, współprace, spotkania, które mają realną wartość.
Moje zaangażowanie w środowiska przedsiębiorcze w dużej mierze zaczęło się od Klubu Przedsiębiorczości, do którego trafiliśmy z mężem trochę przypadkiem. Chcieliśmy zobaczyć, jak to wygląda w szerszej skali – i to było dla nas bardzo ważne doświadczenie. Spotkaliśmy tam ludzi, którzy myślą podobnie: o uczciwości, wzajemnym wsparciu, odpowiedzialności w biznesie. To środowisko, które nie tylko inspiruje, ale też realnie pomaga – chociażby poprzez mentoring, gdzie wspólnie pracuje się nad konkretnymi wyzwaniami firm. Dziś widzę, że ten model zaczyna przenosić się również na poziom lokalny – spotykamy się, rozmawiamy o problemach i razem szukamy rozwiązań. To jest ogromna wartość, bo prawda jest taka, że jako przedsiębiorcy często jesteśmy tymi, którzy wspierają wszystkich wokół, a sami zostajemy z trudnymi decyzjami i odpowiedzialnością. Dlatego zawsze zachęcam, żeby wchodzić w takie środowiska – bo one dają nie tylko wiedzę i kontakty, ale też poczucie, że nie jest się w tym wszystkim samemu.
Dla mnie osobiście te wyjazdy miały jeszcze jeden, bardzo ważny wymiar – były przestrzenią dla mnie i mojego męża. Czasem na rozmowę, złapanie dystansu, zatrzymanie się w biegu. I to był też nasz wspólny czas – jako partnerów, nie tylko jako osób prowadzących razem biznes.
No właśnie – pracujecie razem z mężem praktycznie cały czas – prowadzicie wspólnie biznes i spędzacie ze sobą większość dnia, zarówno zawodowo, jak i prywatnie. To wymaga nie tylko partnerstwa, ale też ogromnej dojrzałości i umiejętności stawiania granic. Jak wygląda Wasza współpraca „od kuchni” i co sprawia, że mimo tej intensywności potraficie być razem nie tylko w pracy, ale i w życiu?
Kiedyś powiedziałam, że mogłabym napisać książkę „Jak pracować razem i się nie rozwieść” (śmiech) – i coś w tym naprawdę jest. Jesteśmy ze sobą właściwie 24 godziny na dobę, więc to zdecydowanie nie jest najprostszy układ. Ale prawda jest taka, że my się po prostu bardzo dobrze uzupełniamy. Ja jestem żywiołem – mam mnóstwo pomysłów, energii, czasem działam szybko, intuicyjnie. A mój mąż jest jak skała – spokojny, poukładany, patrzy na wszystko bardziej racjonalnie. Kiedy ja mówię: „Zróbmy to!”, on odpowiada: „Dobrze… ale najpierw to policzmy, zaplanujmy i poukładajmy”. I myślę, że właśnie w tym tkwi nasza siła – że nie jesteśmy tacy sami. Dzięki temu się równoważymy, czasem trochę ścieramy, ale finalnie zawsze gramy do jednej bramki. A przy okazji… wciąż mamy o czym rozmawiać, nawet po tylu wspólnych godzinach (śmiech).
Słuchając Ciebie, mam wrażenie, że ta Wasza wspólna droga – pełna wyzwań, emocji, ale też ogromnego partnerstwa i uzupełniania się – to gotowy materiał na książkę. I w pewnym sensie tak właśnie się stało, bo zostałaś współautorką książki. Skąd pojawił się pomysł na ten projekt i co było dla Ciebie najważniejsze w jego tworzeniu?
Zostałam zaproszona do tego projektu przez Klub Przedsiębiorczości i pamiętam, że moją pierwszą reakcją było ogromne zaskoczenie. Pomyślałam: „Co ja mogę wnieść do tak dużej organizacji, będąc lokalną firmą?”. To było dla mnie duże wyjście poza strefę komfortu. Sam proces pisania trwał kilka miesięcy i był bardzo wymagający. Dostaliśmy konkretne, profesjonalne wytyczne – każdy rozdział opierał się na kilkunastu, a czasem nawet kilkudziesięciu pytaniach. Były momenty trudne – jeden z rozdziałów pisałam trzy razy, bo zupełnie go nie czułam. Do tego był to dla mnie wymagający czas, zarówno prywatnie, jak i zawodowo.
Ale kluczowe było dla mnie jedno: nie pisałam tej książki z myślą „co ja mam o sobie powiedzieć”, tylko „jaką wartość mogę dać drugiej osobie”. I to zmieniło wszystko. Kiedy przeszłam przez ten proces i odpowiedziałam na wszystkie pytania, wydarzyło się coś bardzo ważnego – zatrzymałam się i zobaczyłam naszą drogę biznesową z innej perspektywy. Uświadomiłam sobie, że to, co z mężem budujemy, jest naprawdę spójne, przemyślane, oparte na wartościach. I po raz pierwszy poczułam taką świadomą dumę z naszej firmy.
Mówisz o tym czasie jako wymagającym – zarówno prywatnie, jak i zawodowo – i o tym, jak dużo dał Ci ten proces zatrzymania się i spojrzenia na swoją drogę z dystansu. Jeśli możesz i chcesz się tym podzielić… jaki był najtrudniejszy moment w Twoim życiu, który najmocniej Cię ukształtował jako kobietę i liderkę?
Choroba naszej córki. Z dnia na dzień pojawiła się diagnoza – padaczka – i nagle wszystko się zatrzymało. Zaczęło się życie na krawędzi, w ogromnym strachu, w sytuacjach, które momentami zagrażały jej życiu. A równolegle toczyło się nasze zawodowe życie – firma, klienci, wesela, zobowiązania, których nie da się po prostu odłożyć czy zatrzymać. Były dni, kiedy miałam dosłownie pół godziny, żeby się pozbierać. Nie było przestrzeni na to, żeby się zatrzymać i wypłakać. Trzeba było wyjść do ludzi, uśmiechnąć się, rozmawiać o ich radości, o świętowaniu najpiękniejszych momentów w ich życiu. To doświadczenie wymagało ode mnie ogromnej siły psychicznej. I myślę, że właśnie ono w bardzo dużym stopniu mnie ukształtowało – jako kobietę, jako człowieka i jako liderkę.
Powiedziałaś, że to doświadczenie w dużej mierze ukształtowało Cię jako kobietę i liderkę. Patrząc z tej perspektywy – Twoich przeżyć, decyzji i drogi, którą przeszłaś – jakie kompetencje są dziś, Twoim zdaniem, kluczowe dla współczesnych liderek i liderów, żeby nie tylko skutecznie zarządzać, ale też udźwignąć tę odpowiedzialność, która za tym stoi?
Na pewno kluczowa jest dziś umiejętność ciągłego uczenia się. Świat zmienia się bardzo dynamicznie – przepisy, rynek, oczekiwania klientów – i jeśli nie jesteśmy na to otwarci, bardzo szybko zostajemy w tyle. Ogromnie ważna jest też kreatywność, ale rozumiana jako bycie sobą – nie kopiowanie innych, tylko szukanie własnej drogi i własnych rozwiązań. Do tego dochodzi odporność, bo prowadzenie biznesu to nie jest prosta ścieżka i trzeba umieć unosić zarówno sukcesy, jak i trudne momenty.
I wreszcie – kompetencje miękkie. Empatia, inteligencja emocjonalna. Coraz częściej mam poczucie, że jako liderka jestem nie tylko menadżerem czy osobą od strategii, ale też trochę marketingowcem i… psychologiem. Bo za każdą firmą stoją ludzie – a ich zrozumienie to dziś absolutna podstawa.
Na koniec chciałabym zapytać o coś bardzo osobistego, ale jednocześnie ważnego dla wielu kobiet, które Cię słuchają. Czym dziś kierujesz się w biznesie i w życiu, jak dbasz o siebie w tym wszystkim – i jaką jedną, najważniejszą radę dałabyś kobietom, które czują, że chcą iść swoją drogą, ale wciąż brakuje im odwagi?
Kieruję się intuicją – zawsze. Ona mnie jeszcze nigdy nie zawiodła, nawet jeśli czasem oznacza to mówienie wprost tego, co myślę. Jednocześnie bardzo dużo pracuję nad sobą – uczę się zwalniać, robić mniej rzeczy naraz, odpuszczać. Bo jestem wulkanem energii i wiem, że muszę tę energię mądrze prowadzić.
Dbam o siebie poprzez małe rzeczy, które dają mi spokój – ciszę, świece, ogień w kominku. To są nasze rytuały, które pozwalają się zatrzymać. Bardzo ważne jest też dla mnie oddzielanie pracy od życia – żeby naprawdę mieć przestrzeń na regenerację. Z czasem nauczyłam się też odpuszczać perfekcjonizm. Dziś częściej mówię sobie: „już wystarczy”. Pomaga mi w tym jedno proste pytanie, które często sobie zadaję: „po co mi to?”. Ono naprawdę potrafi zmienić perspektywę.
A kobietom, które chcą iść swoją drogą, powiedziałabym jedno: nie bądźcie same. Szukajcie ludzi, uczcie się od tych, którzy już tę drogę przeszli. I przede wszystkim – odkryjcie, w czym jesteście naprawdę dobre. Bo największą siłą jest działanie w zgodzie ze sobą. Jeśli robisz coś uczciwie, z wartościami, z sercem – to zawsze ma sens.





