Barbara Chrobok: Odpowiedzialność, odwaga i siła współpracy

Możliwość komentowania Barbara Chrobok: Odpowiedzialność, odwaga i siła współpracy została wyłączona Aktualności, Samorząd

Rozmowa z Barbarą Chrobok, Wicestarostą Powiatu Wodzisławskiego, kobietą, która łączy przywództwo z bliskością ludzi.

Barbara Chrobok, Wicestarosta Powiatu Wodzisławskiego fot. mat. prasowe
Barbara Chrobok

Praca w samorządzie to codzienne mierzenie się z wyzwaniami, oczekiwaniami mieszkańców oraz koniecznością godzenia wielu, często różnych perspektyw. Barbara Chrobok od lat aktywnie współtworzy rozwój Powiatu Wodzisławskiego. Jako Wicestarosta odpowiada za obszary mające bezpośredni wpływ na życie mieszkańców, podejmując decyzje wymagające nie tylko wiedzy i doświadczenia, ale także odwagi, odpowiedzialności i umiejętności budowania porozumienia. Na każdym kroku udowadnia, że skuteczne przywództwo nie polega wyłącznie na zarządzaniu, lecz przede wszystkim na słuchaniu ludzi, budowaniu relacji i konsekwentnym działaniu na rzecz wspólnego dobra.

Znana jest ze swojej otwartości, zaangażowania i umiejętności współpracy ponad podziałami. Łączy profesjonalizm z autentycznością, a stanowczość w podejmowaniu decyzji z empatią i wrażliwością społeczną. Dla wielu kobiet jest przykładem, że można pełnić odpowiedzialne funkcje publiczne, pozostając jednocześnie wierną swoim wartościom i zachowując równowagę między życiem zawodowym a prywatnym.

W rozmowie z dr Sylwią Gatnar opowiada o swojej drodze zawodowej, wyzwaniach związanych z pełnieniem funkcji publicznej, sile kobiecego przywództwa oraz o tym, dlaczego współpraca, zaufanie i odpowiedzialność są dziś jednymi z najważniejszych kompetencji lidera.

Wiele kobiet patrzy dziś na Ciebie i widzi osobę, która osiągnęła sukces. Ale za każdym sukcesem stoi jakaś historia. Jak wyglądały początki Twojej drogi zawodowej? Czy był to świadomy plan, czy raczej odwaga do wykorzystywania szans, które pojawiały się po drodze?

Myślę, że w moim przypadku nie był to jeden świadomie rozpisany plan, ale raczej droga budowana krok po kroku — przez wiarę w siebie, otwartość na ludzi i sytuacje oraz zaufanie do własnej intuicji.

Zawsze starałam się korzystać z możliwości, które pojawiały się na mojej drodze. Jeśli widziałam szansę rozwoju, podejmowałam ją, nawet jeśli wymagało to odwagi, dodatkowego wysiłku czy wyjścia ze strefy komfortu. Bardzo ważna była dla mnie także potrzeba nieustannego podnoszenia kwalifikacji, uczenia się i sprawdzania siebie w nowych zadaniach.

Jestem osobą zadaniową, dlatego kolejne wyzwania traktowałam nie jako przeszkody, ale jako motywację do działania, rozwijania własnego potencjału i realizacji konkretnych celów. Z czasem to właśnie te decyzje, podejmowane często intuicyjnie, prowadziły mnie dalej.

Wierzę, że chcieć naprawdę znaczy móc — ale pod warunkiem, że za tą chęcią idą determinacja, konsekwencja i odwaga. Nie zawsze trzeba mieć gotowy plan na całe życie. Czasem wystarczy zaufać sobie, być otwartym na to, co przynosi rzeczywistość, i mieć odwagę wykorzystać moment, który może stać się początkiem czegoś ważnego.

Gdyby jednak życie napisało dla Ciebie inny scenariusz i samorząd nigdy nie pojawił się na Twojej drodze – gdzie dziś moglibyśmy Cię spotkać? Jaką inną wersję swojej kariery potrafisz sobie wyobrazić?

Zawsze marzyłam o tym, aby być nauczycielem. Edukacja, kształcenie i rozwój od początku były dla mnie bardzo ważne. Przez dwa lata pracowałam w tym zawodzie i muszę przyznać, że nadal myślę, że być może kiedyś jeszcze do niego wrócę.

Jednocześnie mam w sobie dużą wyobraźnię i głód realizacji, które często podpowiadają mi różne scenariusze. Potrafię wyobrazić sobie siebie zarządzającą schroniskiem wysoko w górach, gdzie codzienność łączyłaby odpowiedzialność, kontakt z ludźmi i bliskość natury. Widzę też siebie prowadzącą klimatyczną restaurację — miejsce z duszą, tworzone z pasją, w którym liczy się atmosfera, jakość i relacje z drugim człowiekiem.

Myślę jednak, że niezależnie od konkretnego zawodu najważniejsze jest dla mnie to, aby praca dawała możliwość rozwoju, wymagała kreatywności, stawiała wyzwania i pozwalała stale podnosić kwalifikacje. Każdy zawód może być ciekawy, jeśli daje przestrzeń do działania, uczy czegoś nowego i przynosi satysfakcję z efektów.

Dlatego trudno wskazać jedną alternatywną ścieżkę. Wiem natomiast, że w każdej z nich szukałabym sensu, rozwoju i poczucia, że to, co robię, ma wartość — dla mnie i dla innych.

Mówi się, że jesteśmy zbiorem naszych cech, kompetencji i doświadczeń. Patrząc dziś na swoją zawodową drogę, co miało największy wpływ na to, gdzie jesteś? Charakter, kompetencje, szczęście do ludzi i okoliczności, a może konsekwencja w działaniu?

Myślę, że trudno wskazać tylko jeden element. Kariera zawodowa jest zawsze połączeniem cech charakteru, kompetencji, doświadczeń, ludzi, których spotykamy, oraz momentów, które potrafimy właściwie wykorzystać. W moim przypadku ogromne znaczenie miały determinacja, otwartość, odwaga i ciekawość świata. To one pozwalały mi podejmować kolejne wyzwania i nie bać się nowych ról.

Bardzo doceniam również intuicję. Często podpowiadała mi, w którym kierunku warto pójść, komu zaufać i z jakiej szansy skorzystać. Ale równie ważny był i jest dla mnie szacunek — do ludzi, do ich pracy, doświadczeń i wrażliwości. Staram się traktować innych tak, jak sama chciałabym być traktowana.

Duże znaczenie ma dla mnie także praca zespołowa. Wierzę, że dobry zespół to podstawa skutecznego działania. Mam w życiu szczęście do wartościowych ludzi — takich, którzy inspirują, wspierają, ale też mobilizują do rozwoju. Bez nich wiele rzeczy wyglądałoby zupełnie inaczej.

Nie można też nie doceniać wiedzy. Daje ona solidne podstawy do podejmowania decyzji i odpowiedzialnego działania. Mam tu na myśli nie tylko wiedzę zdobytą na kolejnych etapach kształcenia, ale także tę wynikającą z doświadczenia zawodowego i życiowego. To właśnie doświadczenie często uczy najwięcej — pokory, elastyczności i właściwego spojrzenia na drugiego człowieka.

Dlatego powiedziałabym, że największe znaczenie miała konsekwencja, ale wsparta wiedzą, intuicją, odwagą i ludźmi, których spotkałam po drodze. To połączenie sprawiło, że mogłam krok po kroku budować swoją ścieżkę.

Wiele kobiet mówi, że aby osiągnąć sukces zawodowy, muszą być bardziej przygotowane, bardziej odporne i bardziej zdeterminowane niż ich koledzy. W tym kontekście często pojawia się pojęcie „szklanego sufitu”. Jak wyglądało to w Twoim przypadku? Czy na swojej drodze zawodowej spotkałaś się z sytuacjami, w których czułaś, że musisz udowadniać więcej lub pokonywać dodatkowe bariery tylko dlatego, że jesteś kobietą?

Macierzyństwo daje wiele wyjątkowych, pięknych i niepowtarzalnych chwil, ale zawodowo często oznacza też konieczność zatrzymania się na pewien czas. Kobieta czasem traci tempo, możliwość awansu, obecność w ważnych momentach zawodowych. Kiedy wraca, nierzadko musi przyspieszyć, nadrobić czas, udowodnić swoją gotowość i pokazać, że nadal chce się rozwijać. To wymaga ogromnej determinacji.

Mam też poczucie, że kobiety znacznie częściej oceniane są nie tylko przez pryzmat kompetencji, ale również wyglądu, postawy, sposobu bycia czy podejścia do życia. To bywa trudne, bo czasem trzeba udowadniać więcej, działać bardziej konsekwentnie i zachowywać większą odporność na ocenę z zewnątrz.

Nigdy jednak nie myślałam o sobie wyłącznie w kategoriach „szklanego sufitu”. Wiem, że z uwagi na stereotypy, tradycyjne spojrzenie na role społeczne i różnorodność zadań, jakie pełnią kobiety, on w pewnym sensie istnieje. Ale jednocześnie wierzę, że bariery są po to, aby je przekraczać.

Nie chcę tracić energii na samo rozpamiętywanie ograniczeń. Wolę tę energię przeznaczać na działanie, rozwój i konsekwentne budowanie swojej drogi. Dla mnie szklany sufit nie jest barierą, która mnie zatrzymuje, ale perspektywą, która mnie motywuje. Widzę, co jest dalej — i właśnie dlatego chcę iść po więcej.

Rozmowa dr Sylwii Gatnar z Barbarą Chrobok, Wicestarostą Powiatu Wodzisławskiego fot. mat. prasowe
Rozmowa dr Sylwii Gatnar z Barbarą Chrobok, Wicestarostą Powiatu Wodzisławskiego fot. mat. prasowe

Każdy sukces ma swoją cenę. Co było dla Ciebie najtrudniejsze na tej drodze – presja odpowiedzialności, zwątpienie, krytyka, a może konieczność dokonywania wyborów kosztem innych ważnych obszarów życia?

Z presją radzę sobie dość dobrze. Mam nawet poczucie, że w pewnym sensie mnie mobilizuje i podkręca tempo pracy. Zwątpienie oczywiście czasem się pojawia, bo jest naturalnym elementem każdej drogi, ale zwykle trwa krótko. Staram się wtedy wrócić do celu, do sensu działania i do tego, co jest dla mnie naprawdę ważne.

Krytyka również nie jest dla mnie problemem, jeśli jest merytoryczna, uczciwa i twórcza. Taka krytyka potrafi motywować, porządkować myślenie i pomagać się rozwijać. Uważam, że warto słuchać ludzi, którzy mają coś konstruktywnego do powiedzenia, nawet jeśli ich opinia nie zawsze jest łatwa do przyjęcia.

Jeśli chodzi o godzenie życia zawodowego i prywatnego, bardzo pomaga mi dobra organizacja oraz zrozumienie bliskich. Bez tego trudno byłoby zachować balans. Wiem, że każda ambitna droga wymaga wyborów, ale dzięki wsparciu najbliższych łatwiej jest te wybory podejmować świadomie i odpowiedzialnie.

Najtrudniejszy jest dla mnie hejt. Nie krytyka, nie dyskusja, nie różnica zdań, ale właśnie hejt — prosty, populistyczny, często mało elegancki, karmiony zazdrością, frustracją i osobistymi problemami ludzi. Mam wrażenie, że odbiera on przestrzeń do rozsądnego myślenia, a uruchamia najgorsze emocje i zachowania.

Z jednej strony wiem, że szkoda czasu i energii na takie postawy. Z drugiej jednak strony obawiam się, że lekceważenie hejtu może prowadzić do czegoś groźniejszego — do narastającego braku szacunku między ludźmi. A szacunek jest dla mnie jedną z podstawowych wartości. Możemy się różnić, możemy dyskutować, możemy się nie zgadzać, ale nie powinniśmy odbierać sobie nawzajem godności.

Nie ukrywam też, że jestem osobą emocjonalną i czasem impulsywną. Dlatego zachowanie spokoju, opanowanie reakcji i nieodpowiadanie emocją na emocję kosztuje mnie bardzo dużo. Tym bardziej wiem, jak ważna jest praca nad sobą — nad słowem, reakcją, dystansem i umiejętnością zatrzymania się w odpowiednim momencie.

Dlatego najtrudniejsze nie są dla mnie wymagania, presja czy tempo pracy. Najtrudniejsze jest obserwowanie, jak łatwo czasem ludzie rezygnują z kultury słowa, empatii i odpowiedzialności za to, co mówią. Mimo to staram się nie odpowiadać tym samym. Wierzę, że siłą jest zachowanie klasy, spokoju i własnych zasad, nawet wtedy, gdy inni z nich rezygnują.

Mimo tych wyzwań od lat skutecznie realizujesz kolejne cele. Co dziś daje Ci największe poczucie sensu w pracy? I jaką rolę w osiąganiu rezultatów odgrywa dla Ciebie współpraca z ludźmi?

Moim zadaniem jest jednoczyć ludzi, szukać wspólnej drogi i sprawiać, aby siły, które czasem naturalnie kierują się w różne strony, mogły obrać jeden wspólny kierunek. To nie zawsze jest łatwe, ale daje ogromne poczucie sensu. Bo kiedy udaje się połączyć kompetencje, energię i doświadczenie wielu osób, można osiągnąć naprawdę dobre efekty.

Największą satysfakcję daje mi moment, w którym wspólna praca przynosi radość i zadowolenie po kilku stronach jednocześnie. Po stronie mieszkańców, dla których pracujemy. Po stronie pracowników, którzy również chcą czuć sens, sprawczość i satysfakcję z tego, co robią. I po stronie organizacji, która musi działać odpowiedzialnie, zgodnie z prawem, często mimo ograniczonego budżetu i przepisów, które niejednokrotnie zamiast pomagać, rzucają nam kłody pod nogi.

Dlatego fundamentem mojego sukcesu nie jest wyłącznie moja praca. Jest nim współpraca, wzajemne zaufanie, dobra komunikacja i wspólne szukanie rozwiązań. Wierzę, że jeśli każda ze stron chce rozmawiać, słuchać i zrozumieć potrzeby drugiej strony, można znaleźć wspólną ścieżkę.

Dla mnie właśnie to jest solidny fundament: ludzie, którzy chcą działać razem, jasno określony cel, odpowiedzialność za decyzje i przekonanie, że nawet w trudnych warunkach można zrobić coś dobrego. Sukces nie jest wtedy dziełem jednej osoby, ale efektem wspólnej pracy, do której każdy wnosi swoją część.

Patrząc na Ciebie w pracy, można odnieść wrażenie, że nie boisz się łamać schematów. Czy jesteś tradycjonalistką, czy raczej osobą, która lubi przesuwać granice i zmieniać standardy? I czy to jest coś, co świadomie w sobie pielęgnujesz?

Myślę, że nie jestem ani wyłącznie tradycjonalistką, ani osobą, która zmienia wszystko tylko dla samej zmiany. Schemat daje poczucie bezpieczeństwa i zawsze uważałam, że jeśli coś się sprawdza, jest dobre i służy ludziom, to warto to szanować. Nie mam potrzeby burzenia czegoś tylko dlatego, że jest znane czy sprawdzone.

Jednocześnie wiem, że nie wszystko, co działało wczoraj, będzie równie dobre dzisiaj. Świat się zmienia, ludzie się zmieniają, potrzeby się zmieniają. Dlatego trzeba szukać nowych dróg, dawać sobie prawo do próbowania, poznawania i sprawdzania alternatywnych rozwiązań.

Mam to chyba trochę we krwi. Rzadko wracam ze spaceru dokładnie tą samą drogą. Rzadko też odwiedzam te same miejsca w krótkim czasie, nawet jeśli są wyjątkowo piękne. Lubię poznawać, odkrywać, sprawdzać, co jest za kolejnym zakrętem. Dla mnie to naturalne.

Podobnie jest w pracy. Jeśli coś można zrobić prościej, lepiej, bardziej po ludzku albo bardziej adekwatnie do dzisiejszych czasów, to warto się nad tym pochylić. Nawet drobne rzeczy bywają symbolem zmiany. Jeśli adidasy są dla mnie wygodniejsze do pracy, a nie mam zaplanowanych oficjalnych wyjść, to nie widzę problemu, żeby w nich przyjść — choć jeszcze kilka lat temu w urzędzie mogłoby to być nie do pomyślenia. Dla mnie ważniejsze jest to, jak pracujemy, jak myślimy i jakie efekty osiągamy, niż kurczowe trzymanie się formy, która nie zawsze ma realne znaczenie.

Oczywiście każda próba wyjścia poza schemat wiąże się z ryzykiem. Trzeba być przygotowanym na trudności, kłopoty, a czasem także na to, że dane rozwiązanie się nie sprawdzi. Tylko ja nie zawsze traktuję to jako porażkę. Częściej widzę w tym doświadczenie, sprawdzenie innej możliwości, lekcję, która pokazuje, co warto poprawić albo czego więcej nie powtarzać.

Inność mnie nie przeraża. Nie chowam się przed nią i nie uciekam od niej. Przeciwnie — uważam, że jest naturalnym elementem rozwoju. Nie chodzi o to, aby za wszelką cenę przesuwać granice, ale o to, aby nie bać się myśleć inaczej, kiedy sytuacja tego wymaga. I chyba właśnie tę otwartość świadomie w sobie pielęgnuję.

Z zewnątrz można odnieść wrażenie, że osoby pełniące funkcje publiczne muszą być zawsze silne i pewne siebie. A czego dziś najbardziej obawiasz się jako kobieta i osoba ponosząca odpowiedzialność za ważne decyzje?

Dziś najbardziej obawiam się o zdrowie. Mam świadomość, że ciągły stres, życie w natłoku różnorodnych tematów, obowiązków i decyzji, a także funkcjonowanie w nieustannej gonitwie, prędzej czy później odbijają się na organizmie. Nawet jeśli człowiek stara się zachować rozsądek, dystans i dobrą organizację, nie zawsze da się przejść obojętnie obok wszystkiego, co dzieje się wokół.

Szczególnie trudne jest dla mnie mierzenie się z nieustannym hejtem, bezzasadną krytyką i oceną, która często nie wynika z faktów, wiedzy czy merytorycznej refleksji, ale wyłącznie z czyjegoś „widzimisię”. To jest o tyle obciążające, że przed takim rodzajem oceny właściwie trudno się bronić. Można działać rzetelnie, uczciwie i z pełnym zaangażowaniem, a mimo to zawsze znajdzie się ktoś, kto oceni powierzchownie, niesprawiedliwie albo po prostu złośliwie.

Jako liderka wiem, że odpowiedzialność wpisana jest w tę rolę. Trzeba podejmować decyzje, mierzyć się z presją, godzić różne oczekiwania i szukać rozwiązań nawet wtedy, gdy warunki nie są łatwe. Jako kobieta dodatkowo czuję, że często oczekuje się od nas siły, opanowania i odporności ponad miarę — jakbyśmy zawsze miały dawać radę, niezależnie od kosztów.

A przecież jesteśmy ludźmi. Mamy emocje, granice, słabsze momenty i potrzebę zadbania o siebie. Z wiekiem coraz wyraźniej widzę, że zdrowie nie jest czymś oczywistym ani danym raz na zawsze. Niestety, wiek nie zawsze jest sprzymierzeńcem, dlatego dziś coraz bardziej rozumiem, jak ważne jest zatrzymanie się, odpoczynek i ochrona własnego spokoju.

Moje obawy biorą się więc nie z braku wiary w siebie, ale raczej ze świadomości, jak wysoką cenę potrafi mieć życie w ciągłym napięciu. Nadal chcę działać, rozwijać się i brać odpowiedzialność, ale coraz mocniej wiem, że prawdziwa siła polega także na tym, by umieć zadbać o siebie.

Pełnisz odpowiedzialną funkcję publiczną, ale jak większość kobiet każdego dnia łączysz wiele ról jednocześnie. Jak udaje Ci się godzić życie zawodowe z codziennymi obowiązkami oraz znaleźć przestrzeń dla rodziny, dzieci i wnuków? Co jest dla Ciebie najważniejsze w tych relacjach – wspólnie spędzony czas, rozmowa, obecność, a może po prostu bycie blisko w zwykłej codzienności?

Nie wiem, czy udaje mi się idealnie godzić życie zawodowe z prywatnym. Myślę, że przy takiej intensywności pracy trudno mówić o idealnej równowadze. Staram się jednak pamiętać, że każda przestrzeń życiowa jest równie ważna — praca, dom, rodzina, odpoczynek i czas dla siebie.

Oczywiście wszyscy musieliśmy się w pewnym stopniu dostosować do mojego kalendarza. To nie zawsze jest łatwe, ale bardzo pomaga wzajemne zrozumienie. Jeśli wiem, że moja pomoc jest potrzebna albo moja obecność w domu jest niezbędna, wpisuję w służbowy kalendarz czas prywatny — najczęściej weekend albo konkretne popołudnie. Wtedy wszyscy wiedzą, że ten czas chcę poświęcić rodzinie i że jest on dla mnie równie ważny jak obowiązki zawodowe.

Jeśli zawodowo mam wolną przestrzeń, staram się przeznaczyć ją na relaks, odpoczynek i zwykłe bycie blisko. Nie zawsze chodzi o wielkie wydarzenia czy specjalne plany. Czasem najważniejsza jest rozmowa, obecność, wspólny posiłek, chwila z dziećmi czy wnukami, poczucie, że jesteśmy razem w tej zwykłej codzienności.

U nas sprawdza się duże zrozumienie i zgoda na to, że każdy musi mieć swoją przestrzeń życiową. Szanujemy swoje obowiązki, tempo, potrzeby i momenty, w których ktoś potrzebuje wsparcia albo po prostu obecności drugiej osoby.

Nie ukrywam jednak, że ciągle mam deficyt wspólnie spędzanego czasu — z rodziną, dziećmi, wnukami, ale też ze znajomymi. To jest chyba jedna z cen intensywnego życia zawodowego. Dlatego tym bardziej doceniam każdą chwilę, którą możemy spędzić razem. Najważniejsze są dla mnie bliskość, rozmowa i świadomość, że nawet jeśli czasu nie zawsze jest tyle, ile byśmy chcieli, to relacje pozostają prawdziwe, mocne i ważne.

Chciałabym na chwilę odejść od ról i stanowisk. Jesteś osobą bardzo elegancką, z wyraźnym nietuzinkowym stylem — kojarzysz się z niepodważalną siłą zdecydowanej kobiety. Natomiast kiedy słucham o Twoim tempie życia, od razu pojawia się pytanie: jak Ty to robisz? Jak regenerujesz siły, odzyskujesz równowagę i dbasz o własny dobrostan?

Najlepszym sposobem na regenerację jest dla mnie sen. Uwielbiam spać i naprawdę uważam, że sen jest lekiem na całe zło. Pozwala mi się wyciszyć, odzyskać siły, złapać dystans i następnego dnia spojrzeć na wiele spraw spokojniej.

Drugim takim „lekiem” jest obecność moich wnuków. Są dla mnie jak najlepszy środek uspokajający. Nie jestem z nimi tak często, jak bym chciała, dlatego każda wspólna chwila jest bezcenna. Ich obecność odrywa mnie od codziennych obowiązków, napięcia i spraw zawodowych. Przy nich łatwiej wrócić do tego, co najprostsze, najczystsze i naprawdę ważne.

Bardzo lubię też podróże. Lubię zwiedzać, poznawać nowe miejsca, spacerować po górach, chłonąć atmosferę małych miasteczek i większych miast. To wprawdzie czasem mocno obciąża mój budżet, ale daje mi ogromnie dużo. Podróże pozwalają mi zapomnieć o kłopotach, nabrać dystansu, ale też przywieźć nowe doświadczenia, obserwacje i rozwiązania. Wiem, że wiele z nich prędzej czy później wykorzystuję później w życiu — szczególnie zawodowym.

Nie ukrywam natomiast, że brakuje mi czasu na takie typowe kobiece chwile tylko dla siebie — kosmetyczkę, fryzjera czy spokojne zadbanie o siebie bez pośpiechu. Musiałam z wielu takich usług zrezygnować, bo umówienie się do fachowca na konkretną godzinę za miesiąc czy dwa, przy moim kalendarzu, graniczy z cudem.

Dlatego dziś dbanie o siebie rozumiem trochę inaczej. To nie zawsze są regularne rytuały, ale raczej małe sposoby na odzyskanie równowagi: sen, bliskość wnuków, podróże, góry, nowe miejsca i chwile, w których mogę choć na moment wyjść z codziennego tempa. To właśnie one pozwalają mi się zatrzymać, odetchnąć i wrócić do działania z nową energią.

Na zakończenie chciałabym zapytać nie o stanowisko, osiągnięcia czy pełnione funkcje. Kiedy patrzysz dziś w lustro jako kobieta, mama, babcia i człowiek – z czego jesteś najbardziej dumna? I jaką jedną myśl zostawiłabyś kobietom, które chcą odważnie iść przez życie, nie tracąc po drodze siebie?

estem też dumna z relacji z ludźmi. Mam ogromną wdzięczność za pozytywne sygnały, które otrzymuję od mieszkańców. Rozmawiają ze mną, piszą do mnie za pośrednictwem różnych komunikatorów, dzielą się swoimi radościami, obawami, problemami i nadziejami. Odbieram to jako wielki wyraz szacunku i zaufania. Czasami mam nawet poczucie, że traktują mnie trochę jak swojego rodzaju terapeutę — osobę, której można powiedzieć więcej, zaufać, zatrzymać się przy niej na chwilę. I za to jestem naprawdę wdzięczna. Dumna jestem również z tego, że mimo różnych doświadczeń, trudności, presji i ocen, wciąż potrafię iść swoją drogą. Nie zawsze idealnie, nie zawsze bez emocji, ale prawdziwie. Z przekonaniem, że warto być człowiekiem otwartym, pracowitym, ciekawym świata i życzliwym wobec innych.

A życiowa lekcja, którą przekazałabym kobietom? Być autentyczną. Być sobą. I często spoglądać w lustro — nie po to, aby się podziwiać, ale po to, aby sprawdzać, czy w tym odbiciu naprawdę wciąż jesteśmy my same. Czy nie zgubiłyśmy po drodze własnych wartości, godności, uśmiechu i szacunku do siebie.

Bo odwaga nie polega na tym, żeby stać się kimś innym. Odwaga polega na tym, żeby iść po swoje, nie rezygnując z siebie. Z własnej wrażliwości, intuicji, kobiecości, siły i prawdy o sobie. Jeśli kobieta potrafi spojrzeć sobie w oczy z poczuciem spokoju i szacunku, to znaczy, że idzie dobrą drogą.