Roman Kostrzewski: Trzeba szanować wolność jednostki

Możliwość komentowania Roman Kostrzewski: Trzeba szanować wolność jednostki została wyłączona Aktualności, Kultura

Z wokalistą zespołu Kat, o muzyce, religii i cenzurze w czasach PRL-u, rozmawia Filip Bernat.

Kat grał niedawno koncerty akustyczne. Występy „bez prądu” są trudniejsze od elektrycznych?

To są dwie zupełnie inne rzeczy. Muzycy metalowi są przyzwyczajeni do hałasu na scenie, dużej gęstości i ogromnego nasycenia dźwięków. Czasem wręcz nie wiadomo, na czym się skupić (śmiech). Trzeba jednak pamiętać, że większość z nas słucha różnorodnej muzyki. Zarówno koncerty elektryczne, jak i akustyczne, mają swój własny wymiar, a także różną skalę trudności. Wiadomo, że instrumenty akustyczne brzmią trochę inaczej, co powoduje, że niektóre utwory trzeba mocno przearanżować. Trzeba być także bardziej skupionym, ponieważ każdy błąd i fałsz zostanie szybko wyłapany przez publiczność. Podczas „elektryków” takich rzeczy często nie słychać, a niektóre działają nawet na korzyść, ubarwiając brzmienie.

Pod względem wokalnym także jest to większe wyzwanie?

Tak, ale z drugiej strony ma się większą kontrolę nad swoim głosem.

Co skłoniło Was do ponownej rejestracji i wydania owianego legendą albumu „666”, który oryginalnie ukazał się w 1986 roku?

Celów było kilka. Przez wiele lat wykonywaliśmy te kawałki na żywo i zauważaliśmy różnice, które pojawiły się w aranżacjach. Poza tym, ta płyta była nagrywana w czasach, kiedy nie byliśmy w stanie osiągnąć w studiu zadowalającego brzmienia. Przez lata sztuka realizatorska znacząco się rozwinęła, więc przystępując do pracy nad albumem wiedzieliśmy, że będzie on brzmiał inaczej od oryginału. I właśnie ze względu na tę odmienność brzmieniowo-stylistyczną uważam, że warto było to zrobić. Oprócz tego chcieliśmy także umilić naszym fanom czas oczekiwania na premierową płytę zespołu.

Mieliście z góry określoną koncepcję brzmienia nowych nagrań?

Próbowaliśmy podejść do tej płyty tak, jakbyśmy nagrywali ją w czasach, kiedy jeszcze nie było wielośladów. Można zatem powiedzieć, że nieco utrudniliśmy sobie zadanie. Znaliśmy studio i realizatora, któremu chcieliśmy powierzyć brzmienie i zdecydowaliśmy, że będziemy nagrywać wszystko „na setkę”, oprócz wokalu i solówek. Chcieliśmy w ten sposób wrócić do czasów, w których kapela nagrywająca płytę musiała być perfekcyjnie przygotowana i ograna. Był to dość trudny proces, ale dzięki temu powstałe nagrania są bardzo spójne.

Ponowna rejestracja starego materiału była chyba dla Ciebie swoistym novum, mam wrażenie, że nagrywając płyty za każdym razem chcesz słuchaczy zaskoczyć czymś innym…

Są kapele, których płyty w zasadzie nie zmieniają się pod względem stylistycznym, ale wielu artystów chce urozmaicać swoje brzmienie, co nie zawsze podoba się publiczności. Jednak w momencie, gdy człowiek zasmakuje w poszukiwaniu czegoś nowego, zaskakiwaniu słuchaczy oraz siebie samego, nie jest już łatwo zawrócić z tej ścieżki. Nie jest ona prosta, ponieważ zdolności twórcze muszą być cały czas stymulowane, przez co nagrywanie kolejnych albumów zabiera trochę czasu. Obecnie pod tym względem porównałbym działalność zespołu Kat do Pink Floyd. Oni także niechętnie obdarowywali fanów nowymi płytami. Jednak w zamian, niemal za każdym razem, otrzymywaliśmy nową jakość.

Jak wspominasz początki zespołu? Jakie to były czasy dla muzyki?

Zarówno tamta, jak i współczesna epoka, niosą za sobą pewne utrudnienia dla artystów. Za PRL-u nagrać płytę było bardzo trudno, kapele czekały na to po dwa-trzy lata. Było to związane przede wszystkim z czasochłonnym reglamentowaniem masy plastycznej, z której robione były winyle. Polskiemu zespołowi bardzo trudno było się także wybić. My mieliśmy nieco ułatwione zadanie, ponieważ rozgłoszono, że nasz debiut będzie najpierw wydany na Zachodzie, co dla polskich odbiorców było wówczas jednoznaczne z wysoką jakością. Znam jednakże mnóstwo kapel, którym mimo umiejętności, nie udało się przetrwać tamtego okresu. Przepustowość mediów była mała, brakowało także godziwego sprzętu, który był wówczas szalenie drogi. Odskocznią od tej smutnej rzeczywistości był festiwal w Jarocinie. Kto się tam odznaczył, jak my, Siekiera, Vader czy Acid Drinkers, zazwyczaj osiągał pewien sukces na rynku, choć nie było to regułą.

Kat często narażał się cenzorom?

Zdarzało się, że ingerowali w naszą twórczość. Płyta „Oddech wymarłych światów” miała się nazywać „Cisza wymarłych światów”, jednak okazało się, że „Cisza” z jakiegoś powodu nie pasowała cenzurze. Nikt nie był w stanie nam tego wyjaśnić, ale tak było i koniec (śmiech). W tamtych czasach PRL romansował trochę z Kościołem Katolickim, przez co cenzorzy zwracali uwagę na treści, które przekazywałem w swoich tekstach, niektóre z nich zwyczajnie blokując. Cenzura medialna była bardzo prosta: danego utworu nie puszczano i tyle. Nieco łagodniejsza była cenzura koncertowa oraz wydawnicza. Myślę, że cenzorzy zdawali sobie sprawę, że nasze teksty są pewnego rodzaju zagrożeniem, jednak nie do końca wiedzieli jakiego rodzaju. Dopiero koncerty uświadomiły im skalę i znaczenie tego zjawiska.

Może zwyczajnie ich nie rozumieli?

W mojej twórczości był pewien mistycyzm i cenzura nie bardzo wiedziała, co może to mieć wspólnego z Polską Republiką Ludową. Ja jednak śpiewałem przede wszystkim o uszanowaniu interesu jednostki. Czymże zresztą jest Szatan, jeśli nie pewnego rodzaju symbolem buntu wobec tego, co uosabia niebiański patron. Wyczulony cenzor mógł więc zareagować. Czynili to, ale bardzo zdawkowo, chroniąc raczej interesy Kościoła. Tak było w przypadku tekstu, w którym bohaterka wbija nóż w oko Jahwe, czyli Kreatora, który bacznie obserwuje swoich poddanych, zaglądając dosłownie wszędzie. Owa bohaterka nie chce być nieustannie podglądana, chce zachować swoją intymność! Cenzura nie przepuściła jednak tekstu w tej wersji, więc zamieniłem „nóż” na „chłód”. I znowu, z jakiegoś powodu, nagle wszystko było już w porządku (śmiech).

Niemal od początku kariery scenicznej nazywano Cię satanistą. Czym dla Ciebie jest satanizm?

To prawda, odkąd pamiętam towarzyszą mi takie określenia, ale ja bynajmniej od nich nie uciekam. Dla mnie satanizm to zespół różnego rodzaju idei, które wyrosły na bazie krytyki chrześcijaństwa. Trzeba dodać, że religia ta sumiennie zapracowała sobie na tę krytykę. Moim zdaniem każdy z nas powinien czuć się odpowiedzialny za wyrażanie własnej wolności, także tej zarezerwowanej dla całego społeczeństwa. W Polsce dyskusja na poziomie etyczno-moralnym zderza się zazwyczaj z Kościołem Katolickim, który uzurpuje sobie prawo do nazywania rzeczy po swojemu i wprowadzania pewnego rodzaju indoktrynacji ludzi, wskazując na to, co jest dobre, a co złe. Uważam, że jednostki powinny mieć pełną swobodę autonomizowania swoich pragnień, jeżeli tylko trzymają się granic wyznaczonych przez prawo. Kościół jednak i tak się wtrąca, czasem odmawiając nawet ludziom ich własnych praw. Właśnie takie sytuacje inspirują moją twórczość, w której często wykorzystuję postać Szatana, czyli symbol negacji. Diabeł, tak jak reszta bogów, nigdy nie był niczym więcej, niż tylko wytworem ludzkiej wyobraźni. To postać kształtowana przez różnego rodzaju opowieści, mająca swój wyraz w kontekście literackim. Wracając do pytania, uważam, że satanizm jest chęcią uczynienia człowieka szczęśliwym tu, w tym życiu. Ja nie mam ochoty być w żadnym Raju, wiem, że kiedyś moje życie dobiegnie końca, ale pozostawię coś po sobie. Nie tylko dorobek artystyczny, ale przede wszystkim swoje dzieci. Jednak po śmierci gówno mnie już to wszystko będzie obchodzić (śmiech). To, co mnie interesuje, to teraźniejszość i to na niej chcę się skupić.

W swojej twórczości kontestujesz jednak nie tylko chrześcijaństwo, ale religię jako system.

Owszem, chodzi przede wszystkim o tę wspomnianą już przeze mnie jednostkę, która w zderzeniu z różnego rodzaju siłami musi się z nimi zmagać. Jeżeli walka ta dotyczy sił natury, to w porządku, z naturą nie można „dyskutować”. Nie da się nadać jej atrybutów „złej” lub „dobrej”. Możemy ją co najwyżej okiełznać, ale to wszystko. Natomiast ludzie tworzą różnego rodzaju związki i instytucje, które często czynią zakusy na wolność jednostki, rozumianą przeze mnie jako możność dokonania wyboru. Jeżeli ktoś nie jest w stanie podejmować własnych, znajdujących się w granicach prawa decyzji, ponieważ mu się w tym przeszkadza, może, a nawet powinien się buntować. Ja czynię to w sposób artystyczny. Drobne opory, z jakimi się spotykam, jak na przykład brak zgody na granie koncertu w jakiejś małej miejscowości, są dla mnie potwierdzeniem słuszności obranej ścieżki. Gorzej, jeśli takie sytuacje dotyczą mojego dziecka, które idzie do szkoły i musi ścierać się z ideą obcą wobec wartości, które ja próbuję mu przekazać. Uważam, że w szkole powinny być proponowane zdobycze etyki moralności, związane z nauką i humanizmem, a nie wątpliwej jakości moralność chrześcijańska. Powinno się uzmysławiać młodym ludziom, że są od siebie w pewnym stopniu zależni, że razem można wiele w życiu dokonać, ale mimo tego mają prawo żyć osobno i dokonywać własnych wyborów. Trzeba umieć uszanować intymną sferę życia ludzkiego.

Pochodzisz ze Śląska, czujesz się związany z tym regionem?

Ja jestem kosmopolitą. Po przeczytaniu wielu książek nie mogłem wyciągnąć innego wniosku niż taki, że wszyscy ludzie, niezależnie od koloru skóry, należą tak naprawdę do wspólnego pnia. Potencjalnie wszyscy możemy być braćmi, jednak trzeba patrzeć na sprawę realnie: w praktyce tak nie jest. Ze współżycia z innymi wynika sporo zagrożeń. Jak mówił Nietzsche, bez świadomości trudno wykreować dobrą rzeczywistość. Marks ujął natomiast rzecz w odmienny sposób: bez pewnych dóbr, których człowiek potrzebuje do egzystencji, nie sposób zmienić jego umysł. Jeśli więc w naszym społeczeństwie będzie bieda, możemy spodziewać się, że pojawi się także zagrożenie.

Wróćmy do muzyki. Pracujesz obecnie nad czymś nowym?

Nad dwiema płytami: solową i Kata. Ta druga pojawi się prawdopodobnie wcześniej, ponieważ sporo utworów jest już gotowych. Niektóre z nich będziemy pewnie prezentować podczas jesiennej trasy koncertowej. Z nagraniem solowej płyty musiałem natomiast poczekać do momentu, aż możliwości sprzętowe pozwolą w pełni zrealizować moją wizję.

Jaka to wizja?

Dużo eksperymentowania. Nagrywanie solo zawsze przychodzi mi z trudnością, ponieważ nie jestem sprawnym muzykiem. Jestem natomiast wizjonerem, bawię się dźwiękiem, sprawdzam różne możliwości, badam nieodkryte tereny. Staram się wywołać nowy rodzaj wrażeń. Mam nadzieję, że ten album spodoba się przynajmniej tej części fanów Kata, która lubi moje poprzednie solowe dokonania. To są bardzo osobiste dźwięki.